W drugiej połowie sierpnia, podczas tygodniowych, letnich warsztatów śpiewu białego Fundacji OVO w Bieszczadach, zmieściłam się w harmonogramie z otwartym mini warsztatem o empatii. Udział wzięło 17 osób. Pora była trudna, bo zaczęliśmy o godzinie 21.30. Moje obawy o brak energii i senność na szczęście się nie sprawdziły, bo po przeczytaniu bajki “Fasada” i krótkiej dyskusji w małych grupach, energia urosła. Początkowo grupy zachowywały się cicho, ale w kilka minut gwar na sali rósł i rósł.  

Czułam, jakby rozpędzało się stado mustangów. Chciałam tej dzikiej, naturalnej energii zaproponować pewne ćwiczenie, jednak grupa wyraziła potrzebę pozostania przy otwartej dyskusji. Był to dla mnie trudny moment wymagający odejścia od planu (jedynie słusznego ale chyba nikt nie poznał 😉 ) i skupienia na nowo uwagi. Dobijała godzina 22.00 Poczułam, jak w moim kierunku wzbiera fala. Co mogłam zrobić? Może zderzyć się z nią? Do samobójców się nie zaliczam, więc dałam się tej fali ponieść. Dołączyłam do mustangów. Dwa, niestety albo stety odłączyły się i pobiegły w swoją stronę, poza salę. Przez chwile było to lekko przykre, natomiast przypomniały mi się koncerty chóru, w którym kiedyś śpiewałam i to, że czasami z koncertów ludzie też wychodzą. I to jest ok, nie mam sensu się męczyć.

Kierunkowanie biegu mustangów nie jest łatwe, zwłaszcza kiedy po raz pierwszy prowadzi się warsztat na temat tak szeroki i otwarty z grupą silną, znającą się i ekspresyjną. W tym miejscu dziękuję Marzenie Motyl za pomoc w końcowym uchwyceniu grupy i sfinalizowaniu końca warsztatu o godzinie 23.00. Grupie dziękuję za szczerość i docenienie mojego debiutu. Dodaliście mi odwagi i apetyt na kolejny.

Po warsztacie wyszłam na bieszczadzkie pole. Spacerowałam długo pod rozgwieżdżonym niebem i studziłam głowę. I stało się coś bardzo ważnego. Emocjonalny galop z mustangami otworzył we mnie głębokie pokłady muzyki, do których rzadko mam swobodny dostęp, bo przeszkadza mi nadmiar myślenia. Wypłynęły ze mnie moje ulubione, liryczne, ukraińskie pieśni. Miękko z głosem uchodziły przez usta a ja wargami smakowałam każdy łaskoczący je dźwięk. Energia wzbudzona na warsztacie uchodziła teraz ze mnie i wtedy poczułam, że nie tylko warto uczyć się być trenerką, doskonalić kwalifikacje, przygotowywać się. Fajnie nią po prostu być. Odebrałam lekcję głębokiego zaufania do ludzi, ale przede wszystkim – do siebie.

Autorka wpisu:
Asia Frąckiewicz

Ta strona używa cookies. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close